Ratownik medyczny to zawód, który w powszechnym odbiorze kojarzy się przede wszystkim z pracą w karetce, dyżurem i interwencją podejmowaną po wezwaniu. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak wyraźnie, że dla wielu przedstawicieli tej profesji gotowość do niesienia pomocy nie kończy się wraz z zakończeniem dyżuru. Historie z Ostrowa i Stalowej Woli są kolejnym potwierdzeniem, że w tym zawodzie równie ważne, jak umiejętności są powołanie, refleks i odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Pomoc udzielona poza dyżurem
W poniedziałek 1 czerwca w Ostrowie w województwie mazowieckim ratownik medyczny Wojciech Zapór, na co dzień pracownik Samodzielnego Publicznego Pogotowia Ratunkowego w Krośnie, jadąc prywatnie, był świadkiem wypadku drogowego. Nie pozostał obojętny na to, co zobaczył. Natychmiast przystąpił do udzielania pomocy poszkodowanym i prowadził działania do czasu przyjazdu wszystkich służb ratunkowych.

W wypadku ranne zostały trzy osoby. Wśród nich była 75-letnia kobieta, która doznała poważnych obrażeń, w tym urazów klatki piersiowej, a jej życie było zagrożone. Obecność ratownika medycznego na miejscu jeszcze przed przyjazdem służb miała kluczowe znaczenie dla zabezpieczenia poszkodowanych i zapewnienia im niezbędnego wsparcia w pierwszych minutach po zdarzeniu. To właśnie wtedy liczy się każda chwila, a szybka reakcja osoby z odpowiednim przygotowaniem może przesądzić o dalszym przebiegu akcji ratunkowej.

Trudna akcja w Korczynie
Już dzień później, we wtorek 2 czerwca, Wojciech Zapór pełnił dyżur jako pracownik SPPR w Krośnie i został zadysponowany do bardzo trudnej interwencji w Korczynie. Pomoc była potrzebna 14-latkowi, który uległ wypadkowi na rowerze na pump trucku. Sytuacja była szczególnie poważna, ponieważ u nastolatka doszło do Nagłego Zatrzymania Krążenia (NZK).
W akcji uczestniczył zespół, w którym znaleźli się Wojciech Zapór, jego kolega z zespołu naziemnego oraz medycy z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, załoga śmigłowca Ratownik10 z HEMS Sanok. Dzięki skoordynowanym działaniom medyków udało się przywrócić funkcje życiowe rowerzyście. Następnie 14-latek został przetransportowany do szpitala w Rzeszowie, gdzie przechodzi dalsze leczenie.
To zdarzenie pokazuje, jak wymagająca i obciążająca bywa codzienna praca zespołów ratownictwa medycznego. W takich sytuacjach ogromne znaczenie mają doświadczenie, umiejętność działania pod presją i współpraca pomiędzy załogą naziemną a lotniczymi służbami ratunkowymi. Każda decyzja podejmowana jest w ułamku sekundy, a od jej trafności zależy ludzkie życie.

Bohaterska reakcja w Stalowej Woli
Kolejny przykład postawy, która wykracza poza zwykłe obowiązki służbowe, pochodzi ze Stalowej Woli. Bartłomiej Wilczewski, ratownik medyczny Podkarpackiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Mielcu, na co dzień pracujący w Podstacji w Stalowej Woli, wychodził z domu, aby rozpocząć dzienny dyżur. To miał być zwyczajny poranek, jednak w jednej chwili zamienił się w dramatyczną akcję ratunkową.
Ratownik zauważył, że z sąsiedniego drewnianego domu wydobywają się gęste kłęby czarnego dymu. Wiedząc, że mieszkają tam dwie starsze osoby, które o tej porze najprawdopodobniej jeszcze spały, natychmiast ruszył na pomoc. Wyważył furtkę, wbiegł na posesję i zaczął dobijać się do drzwi oraz okien, próbując ostrzec mieszkańców o śmiertelnym zagrożeniu.
Po chwili starsze małżeństwo podeszło do okna. Bartłomiej Wilczewski pomógł im wydostać się z zadymionego budynku i oddalić w bezpieczne miejsce. Jak się okazało, wszystko rozegrało się dosłownie w ostatniej chwili. Gdy tylko odeszli kilka metrów od domu, doszło do potężnego wybuchu. Najprawdopodobniej eksplodowała butla gazowa, a budynek natychmiast stanął w ogniu.
Jak relacjonował ratownik, cała sytuacja wyglądała tak, jakby była wyliczona co do sekundy. Dopiero po chwili dotarło do niego, że gdyby starsi mieszkańcy nadal spali, nie mieliby najmniejszych szans na przeżycie. Po ewakuacji małżeństwa natychmiast wezwał pomoc. Kobieta nie odniosła obrażeń i czuje się dobrze, natomiast mężczyzna nawdychał się dymu, jednak jego życiu i zdrowiu nie zagraża poważne niebezpieczeństwo.

Gotowość do działania niezależnie od godziny
Wydarzenie ze Stalowej Woli poruszyło nie tylko mieszkańców okolicy, ale również pracowników Podstacji w Stalowej Woli oraz dyrekcję Podkarpackiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Mielcu. Trudno bowiem o bardziej wyrazisty przykład tego, czym jest codzienna gotowość do niesienia pomocy. Choć Bartłomiej Wilczewski nie rozpoczął jeszcze służby, zachował się dokładnie tak, jak robią to ratownicy medyczni każdego dnia podczas dyżuru.
Nie zawahał się ani przez moment. Błyskawicznie ocenił sytuację, podjął ryzyko i dzięki odwadze oraz opanowaniu uratował dwa ludzkie życia. Tego rodzaju postawy budują społeczne zaufanie do ratowników medycznych i przypominają, że ich misja nie ogranicza się wyłącznie do godzin wpisanych w grafik.
Zawód, który staje się misją
Przypadki Wojciecha Zapóra i Bartłomieja Wilczewskiego pokazują, że ratownik medyczny to nie tylko osoba wykonująca określone procedury. To także człowiek przygotowany do działania w sytuacjach skrajnego zagrożenia, często zanim na miejsce dotrą inne służby. Zarówno pomoc udzielona ofiarom wypadku drogowego w czasie wolnym, jak i uratowanie starszego małżeństwa z płonącego domu potwierdzają, że w tym zawodzie liczą się nie tylko kwalifikacje, ale też charakter.
Historie z ostatnich dni są ważnym przypomnieniem, że ratownictwo medyczne to służba wymagająca ogromnej odpowiedzialności, odporności psychicznej i gotowości do natychmiastowej reakcji. Właśnie dlatego coraz częściej mówi się, że ratownikiem medycznym się jest, a nie bywa. W obliczu takich zdarzeń trudno o bardziej trafne podsumowanie.




.jpg)






.jpg)