.

WYWIADY Krosno112 / Piotr Bobola: Od zawsze marzyłem o wyjeździe na misje

fot. archiwum Piotr Bobola fot. archiwum Piotr Bobola

- Konflikt w Kosowie jest wciąż bardzo żywy. Tam nie ma niechęci, tam jest żywa nienawiść – relacjonuje sierżant Piotr Bobola, który spędził 9 miesięcy na misji policyjnej jako członek Jednostki Specjalnej Polskiej Policji w Kosowie. Policjant z Krosna opowiedział nam o trudnościach pracy na misjach, sporcie i… spełnianiu marzeń.

Sławek Farbaniec / Krosno112: Jakiś czas temu, będąc poza służbą, uratowałeś pewną młodą kobietę, która chciała skoczyć z mostu. Praca policjanta to służba 24 godziny na dobę?

Piotr Bobola: Zdecydowanie! Policjantem się jest, a nie bywa – tak też ślubujemy. Widząc jakiekolwiek zagrożenie lub sytuację, w której ktoś potrzebuje pomocy, mamy obowiązek reagować jako cywile, a tym bardziej jako policjanci.

S.F.: Ostatnie 9 miesięcy spędziłeś poza krajem, na misji policyjnej w Kosowie. Jak zrodził się pomysł, aby tam wyjechać?

P.B.: Wszystko zaczęło się kiedy rozpocząłem pracę w policji, od mojego kursu podstawowego w Szkole Policji w Słupsku. Wówczas pierwszy raz spotkałem policjantów, którzy wyjeżdżali na misje. Zamieniłem z nimi parę słów, obserwowałem jak wygląda ich szkolenie i patrzyłem na nich z podziwem i nieukrywaną zazdrością. Było to dla mnie coś elitarnego i pewnego rodzaju wyróżnienie dla policjanta. Od tamtej pory w mojej głowie tliła się myśl, że też chciałbym pojechać na misję. Jednak jednym z warunków formalnych jest 5-letni staż służby w policji. Kiedy tylko minęło to 5 lat i pojawiła się informacja o naborze, od razu napisałem raport. Przeszedłem poszczególne etapy i znalazłem się w Jednostce Specjalnej Polskiej Policji w Kosowie.

S.F.: Czy w młodości, mając 15-16 lat, myślałeś o tym, że kiedykolwiek pojedziesz na misje?

P.B.: Szczerze powiedziawszy wcześniej nie myślałem, że zostanę policjantem. Od zawsze chciałem zostać żołnierzem. O misjach myślałem dużo wcześniej, bo tematyka munduru zawsze mnie interesowała. Początkowo rozważałem wyjazd na misję do Afganistanu, jednak życie napisało inny scenariusz.

S.F.: Udział w misjach wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem, niepewnością. Jak na twoją decyzję zareagowała narzeczona i dzieci?

P.B.: Od dawna wspominałem, że chciałbym pojechać, jednak to był temat dość odległy. Kiedy wyjeżdżałem mój syn Kuba nie miał skończonych dwóch lat, a narzeczona była w ciąży z drugim dzieckiem. Przed napisaniem raportu długo rozmawialiśmy na ten temat. Padały różne argumenty. Nie będę ukrywać, że głównym argumentem, który przekonał moją narzeczoną były kwestie finansowe. Podejrzewam, że moja narzeczona zgodziła się, ale nie była w pełni przekonana, że uda mi się pojechać. Sito rekrutacyjne jest niesamowite. Wiele osób się stara, a finalnie jedzie 95 policjantów. Pamiętam, że do piątku mieliśmy otrzymać decyzje o kwalifikacji. Moi znajomi otrzymywali je we wtorek i środę. W czwartek wieczorem nadal nie miałem żadnej wiadomości i moja nadzieja topniała. Jednak w piątek rano przyszedł faks na jednostkę, że jestem zakwalifikowany. Z jednej strony – wielka radość, jednak z drugiej – sprawa się nieco skomplikowała, bo podczas trwania procesu rekrutacyjnego dowiedziałem się, że po raz drugi zostanę ojcem. 7 marca 2018 roku wylecieliśmy do Kosowa, a wróciliśmy 6 grudnia.

S.F.: Jak wyglądały pierwsze dni w Kosowie?

P.B.: Początki na misji były trudne. Bolesnym ciosem było rozstanie z moją narzeczoną i synem, z którym jestem bardzo zżyty. On wtedy nie miał takiej świadomości, że wyjeżdżam. Gdy wylądowałem w Kosowie, dostałem zdjęcie od narzeczonej, na którym synek czekał przy oknie i wołał tatę. To było dla mnie bardzo poruszające. Jednak trzeba pamiętać po co się tam pojechało, zagryźć zęby i przetrwać. Pierwsze dni były ciężkie. Zanim osiągnęliśmy zdolność bojową, przechodziliśmy masę szkoleń i treningów wprowadzających. Jednak, kiedy machina ruszyła, to leciał dzień za dniem. Mieliśmy napięty plan działań.

S.F.: Czym głównie się zajmowałeś?

P.B.: Byłem policjantem 2. Plutonu Bojowego. Do naszych zadań należały konwoje, eskorty, rekonesanse i patrole – sporo pracy.

S.F.: Mógłbyś opisać jak wyglądał twój typowy dzień na misji?

P.B.: Niestety nie mogę dokładnie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ są to informacje objęte tajemnicą służbową. Mogę zdradzić, że poza zadaniami jakie mieliśmy do zrealizowania, przygotowano dla nas szereg świetnych szkoleń. Od treningów strzeleckich poprzez szkolenia medyczne, czarną taktykę aż po ćwiczenia CRC (Crowd and Riot Control) realizowane wspólnie z żołnierzami KFOR (KOSOVO FORCE) z różnych krajów, w tym Węgier, Szwajcarii czy USA.

S.F.: Czy misja zmieniła cię jako człowieka?

P.B.: Na pewno! Z perspektywy zawodowej misja to dla mnie ogromne doświadczenie – szczególnie w pracy z innymi ludźmi. Na misji są policjanci z różnych wydziałów, prewencji, wydziałów kryminalnych, antyterrorystycznych. Miałem wiele treningów, jak treningi medycyny pola walki, strzeleckie i zgrywające. To nieopisane doświadczenie, które trudno byłoby zdobyć w kraju. Z drugiej strony na misjach nabiera się dystansu i innego spojrzenia na wiele spraw. Muszę powiedzieć, że mimo, że Kosowo gospodarczo jest wiele lat za Polską, to jeśli chodzi o relacje międzyludzkie zupełnie inaczej. My dawno zatraciliśmy to, co tam nadal jest. Jeżeli przyjeżdżasz do Kosowa, ludzie są dla Ciebie bardzo mili i gościnni. Podobnie było w Polsce, gdy byłem dzieckiem. Jednak gonitwa za pieniędzmi to zmieniła. Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa. Pamiętam, gdy dziadek opowiadał mi o czasach wojny, a dla mnie była to żywa lekcja historii. Teraz ponownie miałem możliwość rozmowy z ludnością cywilną, która opowiadała o wojnie. Mogłem poznać relacje ludzi, którzy ją przeżyli.

S.F.: Czy relacje medialne na temat tego konfliktu różnią się od rzeczywistości, której byłeś obserwatorem?

P.B.: Media w chwili obecnej mało czasu poświęcają na temat Kosowa, ale ten konflikt wciąż jest bardzo żywy. Grupa serbska i albańska się wprost nienawidzi. Tam nie ma niechęci, tam jest żywa nienawiść. Eskalacja tej nienawiści trwa od czasów wojny, a wydarzenia z lat 2004 czy 2008, kiedy to Kosowo ogłosiło niepodległość jeszcze bardziej to spotęgowały. Umowną granicą pomiędzy północą, a południem jest rzeka Ibar. Konflikt jest tak mocny, że ludzie z północy nie przekraczają rzeki, nie przechodzą na południe i odwrotnie. Dla mnie to było wielkim szokiem, ponieważ Kosowo ma wiele wspaniałych turystyczno-krajobrazowych miejsc, a całe państwo jest o połowę mniejsze niż województwo podkarpackie. Mimo to, mieszkańcy nie odwiedzają tych miejsc ze względu na konflikt.

S.F.: Która z historii, którą usłyszałeś od tubylców najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

P.B.: To był pewien głos rozsądku i dystansu do sprawy. Swoją życiową historię opowiadał mi Albańczyk, który kiedyś służył w UCK, czyli Armii Wyzwolenia Kosowa, która została uznana za organizację terrorystyczną. Mówił, że ta wojna wiele zniszczyła. Przed wojną Mitrowica była bogatym miastem, gdzie były kopalnie i zakłady przemysłowe. Wspominał, że gdy był nastolatkiem, jego rodzice pracowali w kopalni i prowadzili dostatnie życie. Natomiast po wojnie wszystko zostało zrujnowane. Jak twierdził, ta wojna nikomu nie była potrzebna. To mi najbardziej utkwiło w pamięci, ponieważ inne osoby, z którymi rozmawiałem przedstawiały zwykle swoje stanowisko i przemawiała przez nich nienawiść do drugiej strony.

S.F.: Co było najtrudniejsze podczas misji?

P.B.: Misja jest ciężka choćby ze względu na to, że nie możesz swobodnie opuszczać bazy kiedy chcesz. Jesteś skazany na pewne towarzystwo. W każdej grupie społecznej pojawiają się różnice zda czy nieporozumienia. Po paru miesiącach czułem się trochę przytłoczony. Chcesz trochę wolności? Możesz pospacerować dookoła bazy. Z drugiej strony, gdy pojawiały się problemy u moich najbliższych, żałowałem, że nie mogę im pomóc na miejscu z ich rozwiązaniem.

S.F.: Gdybyś miał możliwość pojechać drugi raz – zrobiłbyś to?

P.B.: Bez zastanowienia! Na pewno będę starał się o to jeszcze raz.

S.F.: Ponownie Kosowo?

P.B.: Na tę chwilę tak, bo pozostałe misje są misjami eksperckimi, a ja na razie nie spełniam wymogów formalnych aby się ubiegać o uczestnictwo w takiej misji. W przyszłości nie wykluczam takiej możliwości, jednak na chwilę obecną chciałbym wrócić do Kosowa.

S.F.: Jesteś przykładem tego, że marzenia należy spełniać.

P.B.: Warto gonić za swoimi marzeniami. Moim marzeniem, gdy byłem jeszcze nieopierzonym policjantem, był wyjazd na misje. W wielu aspektach mojego życia było tak, że jeśli czegoś chciałem, to później to osiągałem. Kiedy byłem w VII klasie szkoły podstawowej miałem uraz kręgosłupa. Przez pewien czas nie mogłem chodzić. Pamiętam, że jeden rehabilitant powiedział wtedy do mnie: „chłopie, ty to jeszcze będziesz ciężary dźwigać”. To bardzo utkwiło mi w głowie. Kilka lat później zacząłem treningi na siłowni.

S.F.: Czy traktujesz sport jako rozwój siebie na rzecz pracy czy jestto twoja pasja?

P.B.: To pasja. Sportowcem byłem zanim zostałem policjantem. Biegam, jeżdżę na rowerze, dużo pływam, pojawił się także epizod treningów bokserskich. Jednak z wiekiem uświadamiasz sobie, że profesjonalnym sportowcem już nie będziesz, więc nie ma sensu forsować się i tracić zdrowie na coś, z czego nie będziesz żył. Wówczas zaczynasz traktować to jako pasję i podchodzisz do tego z dystansem.

S.F.: Masz określone jakieś cele sportowe na najbliższą przyszłość?

P.B.: W połowie lutego chciałbym pobiec w Półmaratonie Komandosa na Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. To byłoby niejako moje pożegnanie z bieganiem, ponieważ pojawiło się kilka przewlekłych kontuzji. Latem chciałbym zrobić jeden duży triathlon i to będzie definitywnie koniec „wielkiego” biegania. Pewnie zajmę się inną dyscypliną sportu.

S.F.: Poprzez swoją pasję do sportu pomagasz również innymi.

P.B.: Mając świadomość, ile mogę z siebie dać, fajnie jest pomagać komuś poprzez sport. Obecnie jestem w czasie organizowania kolejnej akcji charytatywnej. 19 stycznia powtórzymy „Bieg na Zamek” - tym razem dla Wiktorii chorej na nowotwór. Pamiętam, gdy w 2017 roku zorganizowaliśmy pierwszą edycję tej imprezy. Ja wymarzyłem sobie to już rok wcześniej. Myślałem, że gdyby połączyć prawdziwą, śnieżną zimę, drogę na Zamek w Odrzykoniu, punkt widokowy i pochodnie w rękach to bieg miałby niesamowitą atmosferę. Na nasze życzenie spadł wtedy śnieg. Ludzie byli zachwyceni, że tak bajkowo udało się to zorganizować. Impreza była niesamowita. Chcemy to powtórzyć. Przy okazji mamy zamiar zorganizować licytację rękawic z podpisem Artura Szpilki i koszulki reprezentacyjnej z podpisem Karoliny Kowalkiewicz. Dochód będzie przeznaczony na leczenie Wiktorii.

S.F.: Według ciebie organizacja takich eventów jest dobrym kierunkiem rozwoju akcji charytatywnych?

P.B.: Jest to na pewno o wiele ciekawsze. Gdy otwierasz Facebooka i masz mnóstwo ogłoszeń o zbiórkach, o chorych dzieciach to staje się to powszechne. Jednak jeśli możesz zainteresować ludzi, którzy pasjonują się jakimś tematem i chcą wziąć w czymś czynny udział, to o wiele bardziej ich to zachęca.

S.F.: Myślisz, że wbrew panującej znieczulicy, ludzie chcą pomagać?

P.B.: Uważam, że tak. Nie wyobrażam sobie co czują rodzice, którzy wiedzą, że ich dziecko śmiertelnie choruje. To musi być niesamowity cios. Myślę, że każdy kto ma serce, ludzkie odruchy i własne dzieci, nie przejdzie obojętnie obok losu chorych dzieci. Może nie wszystkim da się pomóc, ale w miarę możliwości trzeba.

S.F.: Rola ojca, policjanta, sportowca, aktywisty – jak udaje ci się to wszystko połączyć?

P.B.: Nie jest lekko. Aczkolwiek wszystko wymaga poukładania sobie pewnych rzeczy w głowie. Jeśli dobrze rozplanujesz dzień to można wszystko pogodzić. Na przykład wczoraj robiłem trening biegowy o 23, kiedy dzieci i narzeczona poszły spać. Nie mam możliwości tego inaczej ułożyć. Grunt to samodyscyplina.

 

Rozmawiał Sławek Farbaniec / Krosno112.pl
fot. archiwum Piotr Bobola, Krosno112.pl

POLECAMY:
Wywiady Krosno112 / Paweł Gaj i Witold Mossor: Byliśmy świadkami pewnego przejścia cywilizacyjnego w służbach

 

Partnerzy portalu: