Mimi i potęga mruczenia: jak dzięki adoptowanej kotce stałem się kimś lepszym

niedziela, 26 lipiec 2020 21:48
fot. archiwum - Dawid Iwaniec fot. archiwum - Dawid Iwaniec

Uwielbiam, jak wita się ze mną tuż za progiem, a kiedy w mojej głowie zbierają się czarne chmury, potrafi je błyskawicznie rozgonić – adoptowana kotka Mimi codziennie uczy mnie czegoś nowego i daje mi mnóstwo radości. Jeśli więc tylko możesz, przygarnij pod dach zwierzaka, nie pożałujesz!

R E K L A M A

W miejscu oraz w czasie, w których dorastałem, koty nie cieszyły się dobrą reputacją. Gwoli ścisłości to nie cieszyły się żadną. Poza tym, że przeganiano je z klatek schodowych i piwnic, w których chowały się przed mrozem lub spiekotą, w zasadzie były ludziom obojętne. Nikt nie trzymał ich w domach ani nie dokarmiał. Radziły sobie same. Przemykały jakby niewidzialne po podwórkach, działkach warzywnych i placu zabaw.

Obojętność wobec nich nie stanowiła jednak niechlubnego wyjątku, bo w świecie mojego dzieciństwa zwierząt nikt nie traktował jak domowych pupili. Może poza rybkami akwariowymi, które po transformacji ustrojowej miały na początku lat 90. swoje pięć minut, stanowiąc coś w rodzaju mody, jak bmx i zegarek z melodyjkami. Rasowego psa pamiętam tylko jednego. Spacerująca na smyczy bokserka Diana oraz jej opiekunka wyglądały niemal ekstrawagancko. Takie to było miejsce i czas. Z perspektywy kilku miesięcy opieki nad Mimi mogę tylko nad tym ubolewać, bo gdybyśmy mieszkali z jakimś zwierzakiem, być może wyrósłbym na lepszego człowieka. Właściwie jestem pewien, że dokładnie tak by się stało.

Tyle nieszczęść w małym kotku
Osoby, które uratowały jej życie, dały jej na imię Oczko. Lekarz w przychodni Pirania wytłumaczył mi jednak, że to imię tymczasowe, więc jeśli chciałbym nazwać ją inaczej, mam w tej kwestii absolutną swobodę. Jak miała na imię, zanim trafiła do Piranii lub czy w ogóle je miała? Tego nie wie nikt, ale raczej nie, bo z tego, co opowiedziała mi Dorota Moszczyńska, inspektorka krośnieńskiego OTOZ-u, młody chłopak znalazł ją błąkającą się w okolicach Iwonicza, gdy była na tyle maleńka, że można ją było zamknąć w dłoniach. Na główce miała gulę wyglądającą jak wetknięta w miejsce prawego oczka piłka tenisowa.

Pierwszy weterynarz nie widział dla niej ratunku.
W Piranii usunięto jej oczko, ale uratowano życie.

To tam powstały zdjęcia, na których widać, w jak mizernym stanie była kotka. OTOZ uruchomił internetową zbiórkę na pokrycie kosztów jej leczenia. Odzew był niesamowity. Gdy Oczko trafiła do domu tymczasowego, gdzie miała dojść do pełni sił i przygotować się do adopcji, wydawało się, że historia zmierzała w kierunku happy endu. Niestety, w tym momencie dał o sobie znać utajony dotąd koci koronawirus, mogący wywołać śmiertelnie niebezpiecznie zapalenie otrzewnej. Kotka wróciła do przychodni.

Ponieważ wirus, podobnie jak ten ludzki, przenosi się z olbrzymią łatwością, dlatego jeśli Oczko mogła trafić do jakiegoś domu, to tylko do takiego, gdzie albo nie było innych kotów, albo takie, które same już go miały. Dla jednookiej nosicielki kociego koronawirusa, ze specjalną dietą i koniecznością codziennego brania leków, szanse na adopcję drastycznie zmalały. „Tyle nieszczęść w małym kotku” – zapamiętałem słowa inspektorów OTOZ-u, podsumowujące pierwsze tygodnie jej życia.

Miłość od pierwszego chrapnięcia
Na widok zdjęć kotki pociekły mi łzy, jednak decyzji o adopcji nie podjąłem od razu. Zacząłem ją ostrożnie rozważać, mając w pamięci radę, którą usłyszałem kilka tygodni wcześniej. Odkąd pamiętam, układałem sobie w głowie scenariusze reakcji innych ludzi w danej sytuacji, a gdy okazywało się, że kompletnie się nie sprawdzały, traciłem grunt pod nogami. A ponieważ ludzie rzadko zachowują się tak, jak sobie tego życzymy, zazwyczaj czułem się rozgoryczony. – Powinieneś adoptować kota – zaproponowała mi nietypową terapię pewna osoba. – Kota nie da się do niczego zmusić, zawsze robi to, na co ma ochotę, a im bardziej chcesz, tym większy stawia opór. To będzie dla ciebie dobra lekcja – przekonywała.

Z jednej strony warto było spróbować, ale z drugiej nie chciałem przyjmować zwierzaka pod dach wyłącznie w roli leku. To byłoby egoistyczne i ryzykowne. Musiałem mieć pewność, że naprawdę stworzę mu dom, w którym niezależnie od wszystkiego będzie się czuł szczęśliwy.

Ta pewność przyszła naturalnie pod koniec zeszłego roku, gdy odwiedziłem Oczko w klinice. Pamiętam, jak wyniesiono ją z zaplecza i postawiono na stole do badań. Wyglądała znacznie lepiej niż jeszcze kilka tygodni wcześniej, bo blizna po operacji zarosła się, a jej sierść stała się puszysta, jednak wciąż krucho i bezbronnie. Mogła mieć około 3 miesięcy. Choć wycierpiała już tak dużo, miała w sobie ogromną ciekawość świata i niezwykłą ruchliwość. Poruszała się nieustannie w tę i we w tę. Brzmiała przy tym jak maleńki traktorek, wydający jednostajny chrapliwy dźwięk. Był rozkoszny i z miejsca się w nim zakochałem. Zacząłem odliczać dni, kiedy zacznie rozbrzmiewać w moich czterech kątach.

Czas stanął w miejscu
Przywiozłem ją we wtorek 7 stycznia. Mieszkanie przygotowałem jednak na jej przybycie sporo wcześniej, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Wyszedłem z założenia, że aby nie przeoczyć niczego, co mogłoby stanowić zagrożenie dla kotki lub co mogłaby strącić, wskakując to tu, to tam, sam musiałem spojrzeć na przestrzeń dookoła z jej perspektywy. Z wielką frajdą pełzałem po podłodze, zaglądając pod meble (rany boskie, ile tam było kurzu!) lub zadzierając głowę do góry, oceniając, czy kusiłoby mnie wskoczenie na stół bądź półki. Gdy skończyłem, miałem wrażenie, że dosłownie odgruzowałem mieszkanie. Zniknęła cała masa rzeczy, które były mi kompletnie niepotrzebne. Stały i łapały kurz, dlatego po ich usunięciu od razu zrobiło się jaśniej i czyściej. Choć kotka jeszcze ze mną nie zamieszkała, już coś jej zawdzięczałem. Jeśli więc ktoś obiecuje sobie, że od jutra na pewno wcieli w życie ideę minimalizmu, ale jutro jakimś magicznym sposobem ciągle się odwleka, adopcja zwierzaka z pewnością przyspieszy jego nadejście.

Klatkę położyłem na ławie w dużym pokoju i delikatnie uchyliłem drzwiczki. Moja dawna natura chciałaby, aby kotka natychmiast wyszła z boksu, a potem najlepiej wskoczyła mi na ręce i ufnym wzrokiem powiedziała „Głaszcz!”. Nic z tych rzeczy. Musiałem dać jej czas i pozwolić, aby do nowego otoczenia przyzwyczajała się w swoim tempie. Wyszła po dwóch godzinach i po chwili rekonesansu wcisnęła się w najbardziej niedostępne dla mnie miejsce – w wąską szparę za kanapą. Pierwszego dnia wyjrzała stamtąd jeszcze tylko na moment – zjadła odrobinę, a potem wróciła do swojej kryjówki. Nie nalegałem, nie wołałem „kici-kici” ani „miau-miau”. Cierpliwość opłaciła się. Od rana eksplorowała duży pokój – obwąchiwała każdy kąt i ocierała się pyszczkiem o meble i ściany.

Poznanie całego mieszkania zajęło jej kilka dni. Była ostrożna, ale w ciągłym ruchu. Dość szybko pozwoliła się pogłaskać, czy bardziej podrapać. Wieczorem drugiego dnia wskoczyła mi na kolana. Ugniatała je chwilę łapkami, jakby moszcząc sobie najlepszą miejscówkę, a następnie położyła się i obwinęła ogonkiem. Ciało Mimi, bo takie nowe imię otrzymała, zaczęło delikatnie drżeć. Przymknęła oczko, a ja ostrożnie dostawiłem policzek do jej boku. Mikrodrgania przeniosły się na mnie, sprawiając, że czas stanął w miejscu. Zresztą dzieje się tak za każdym razem, gdy kładzie mi się na kolanach i zaczyna swoją mruczącą symfonię.

Nauka kociego
Swoją drogą koci to najpiękniejszy język świata. Nie ma w nim „słów”, które ranią i sprawiają przykrość. Nie ma w nim również słów niepotrzebnych. Są wyłącznie dźwięki wyrażające szczere emocje. Niezwykle trudno nauczyć się go jednak rozumieć. Po pół roku wciąż jestem na poziomie początkującym, potrafiąc rozpoznać zaledwie garstkę słów: „Popatrz, tu jestem”, „Pobawisz się ze mną?”, „Strasznie długo cię nie było”, „Też bym coś zjadła”, „Nie, nie, zjadłabym to drugie”, „Teraz nie dotykaj!”, „Dobrze mi” i chyba coś w stylu „Dziękuję, że jesteś”. Czy jest ich więcej? Z pewnością – w zależności od sytuacji, mruczenie – ale miauczenie, piszczenie lub posykiwanie – skacze po całej rozpiętości skali dźwiękowej, a każda z chyba tysiąca jego odcieni oznacza coś innego. I choć wątpię, czy kiedykolwiek uda mi się bezbłędnie rozpoznawać je wszystkie, codziennie staram się nauczyć czegoś nowego.

Dama z puszystym ogonem
Odkąd Mimi zadomowiła się u mnie i nabrała śmiałości, zaczęła ganiać po mieszkaniu jak szalona. Najbardziej uwielbia biegać ze mną, a dokładnie uciekać przede mną (serdecznie współczuję i bardzo przepraszam sąsiada z dołu!). Widok, gdy z podłogi wskakuje na sofę, jest bezcenny: wybijając się, unosi do góry ogon, który wygląda wtedy jak miotełka do kurzu. Gdy ujrzałem to po raz pierwszy, nie mogłem wyjść z podziwu. Wcześniej nie zauważyłem, że Mimi ma wyjątkowo włochaty ogon, co daje pewne wskazówki odnośnie któregoś z jej rodziców. Ewidentnie ma w sobie geny maine coona lub persa. Można wręcz powiedzieć, że jest półrasowa. Z pewnością ma natomiast rasową prezencję. Gdy przechadza się po pokoju z ogonem uniesionym pionowo do góry, którego końcówka wolno faluje, przypomina maleńką damę.

Co do jej ruchliwości, mam z kolei teorię, skąd w niej tyle energii. Wydaje mi się, że po szeregu tygodni, które spędziła na niewielkiej przestrzeni, dochodząc do zdrowia, dzisiaj tak bardzo cieszy się swobodą, że aż boi się przestać biegać, z obawy, że zabraknie jej takiej możliwości. Cieszy się każdą sekundą ruchu. Kolejna lekcja dla mnie.

Zawsze na lewym boku
Z tego, czego codziennie uczy mnie Mimi, moglibyśmy zresztą spokojnie ułożyć cały plan zajęć. W niektórych przedmiotach radzę sobie  naprawdę dobrze. Do perfekcji opanowałem na przykład sztukę powitania. Nie ma znaczenia, czy wyszedłem na dziesięć minut, czy na dziesięć godzin, wiem, że gdy tylko przekręcę klucz w zamku, Mimi w okamgnieniu znajdzie się na dywaniku pod drzwiami. Potem da mi kilka sekund na odłożenie plecaka lub toreb z zakupami, a następnie zacznie ocierać się o moje nogi. Następny punkt w naszym rytuale to moje zejście do parteru. Klękam na podłodze, a ona kilka razy przechodzi tam i z powrotem między udami. Na koniec kładzie się przede mną, zawsze na lewym boku i zawsze skierowana ogonkiem w moją stronę. Odwraca jednak główkę i patrzy mi w oczy. Dokładnie widzę wtedy jej niesymetryczną mordkę, z lekko podciągniętą do góry prawą wargą, spod której wystaje kieł, który normalnie schowałby się w zamkniętym pyszczku. Ta pozostałość po usunięciu oczka tylko dodaje jej uroku.

Choć dokładnie znam scenariusz tego rytuału, za każdym razem pospiesznie wyciągam klucze z plecaka i brzęczę nimi na klatce, dając Mimi znać, że jestem już tuż, tuż, gotowy, aby z największą przyjemnością odegrać swoją rolę.

Żurawie origami
W innych dziedzinach wciąż muszę się podciągnąć. Bywa chociażby, że spojrzę na nią szorstko, gdy po raz kolejny fascynuje się prawem grawitacji i strąca z biurka jakiś przedmiot, dajmy na to długopis, który nie wiedzieć czemu, mimo niewielkich gabarytów uderza o podłogę z przeraźliwie głośnym hukiem. Mam wtedy wrażenie, że robi mi na złość. Natychmiast reflektuję się jednak, że to najgłupsza rzecz, jaką mogłem wymyślić. Na złość?! Robienie komuś na złość to ludzka specjalność. Uspokajam się, kładąc z powrotem długopis na blacie, po czym strącam go wspólnie z Mimi.

Kotka to mój niezawodny wentyl bezpieczeństwa także w sytuacjach, gdy zdenerwuje mnie coś innego. Zostawiam wtedy wszystko i po prostu na nią patrzę lub zaczynam się z nią bawić, nucąc w myślach piosenkę Meli Koteluk „Żurawie origami”. Zawsze uważałem, że to jeden z najpiękniejszych utworów o sile i znaczeniu relacji – miłości lub przyjaźni.
„Z moich wad składasz origami
Dajesz mi odpocząć
Nie muszę walić głową w mur
Rozchmurzasz mnie
Gdy wpadam w szał
Wyrywam własne kartki
Zbierasz je i składasz z nich
Żurawie origami” – śpiewa Mela.

Dokładnie tak działa na mnie Mimi. Między nami rozgrywa się wówczas scena, przypominająca słynne graffiti Banksy’ego, to z żołnierzem i dziewczynką w różowej sukience: gdy mimowolnie zamieniam się w uzbrojonego po zęby wojaka, ona ustawia mnie twarzą do ściany, a następnie przeszukuje i rozbraja.
A gdy z kolei dopada mnie chandra i wydaje mi się, że już więcej w życiu nie mogę sknocić, Mimi przywraca mi wiarę w samego siebie. W to, że gdzieś tam w głębi drzemią we mnie pokłady dobra, bo przecież nie byłem obojętny i stworzyłem jej dom.



P.S. #MimiChallenge
Ostatnio szalenie popularne są „czelendże”. Ludzie śpiewają i robią pompki w szczytnym celu. Choć wiem, że internet pęka w szwach od słodkich zdjęć kotków i innych zwierzątek, zastanawiam się, czy Mimi nie powinna zostać ambasadorką adopcji. Jak uważacie? Testowo uruchomiłem jej konto na Instagramie. Jeśli okaże się, że chcecie poznać naszą historię bliżej, chętnie się nią podzielę. Nie ustalam jednak progu lajków, bo nie o to chodzi. Przekonajcie nas po prostu, że dzielenie się naszą codziennością jest ważne i może komuś pomóc.

https://www.instagram.com/oczkiemmimi/
***

Chciałbym bardzo podziękować zespołowi OTOZ Animals w Krośnie, Przychodni Pirania oraz wszystkim osobom, które pomogły w powrocie Mimi do zdrowia. To dzięki Wam znalazła dom, a ja wspaniałą współlokatorkę.

Gorąco zachęcam również Czytelników do adopcji zwierząt. Jeśli tylko macie u siebie warunki, stwórzcie dla nich dom. Dobro wróci! Koty, które czekają na adopcję, możecie poznać na stronie krośnieńskiej Kociarni.

Dawid Iwaniec
fot. archiwum Dawid Iwaniec